Przejdź do zawartości Przejdź do Menu głównego Go to English version Przejdź do Stopki strony

Czy jesteśmy u siebie w Internecie?

Przez wiele lat wydawało mi się, że to, co mam na Facebooku, jest moje. Moje są zdjęcia, moje wpisy, moi znajomi. Z czasem doszły do tego katalogu grupy, kontakty zawodowe, informacje o wydarzeniach, dyskusje i wiadomości. Facebook stał się trochę jak mieszkanie, do którego przez lata znosiłam kolejne rzeczy. Urządzałam je, przyzwyczajałam się do niego i coraz rzadziej zastanawiałam się nad tym, kto właściwie jest właścicielem budynku.

Bo przecież konto jest moje? No nie do końca.

Przypomniała mi o tym historia opisana niedawno przez „Gazetę Wyborczą”. Michał Łenczyński, znana postać branży beauty, stracił dostęp do konta na Facebooku, które prowadził przez 18 lat. Wcześniej konto zostało przejęte, później zablokowane przez platformę. Zniknął nie tylko jego profil. Zniknęły też kontakty, historia aktywności i narzędzie, które przez lata stało się ważną częścią jego działalności zawodowej. Rozpoczęła się długa walka o odzyskanie konta. Ta historia zainteresowała mnie jednak nie dlatego, że dotyczy Facebooka. Podobna sytuacja może wydarzyć się na każdej platformie, na której jesteśmy tylko użytkownikami. Możemy przestrzegać regulaminu, dbać o konto i budować swoją obecność przez wiele lat, ale ostatecznie funkcjonujemy w przestrzeni należącej do kogoś innego.

I nagle to dość oczywiste stwierdzenie zaczyna brzmieć zupełnie inaczej.

To co właściwie jest nasze?

Przyzwyczailiśmy się do budowania swojej cyfrowej obecności na platformach. Firma zakłada profil na Facebooku i Instagramie. LinkedIn jest miejscem aktywności środowiska eksperckiego. Restauracja pokazuje dania na Instagramie. Mała firma prowadzi sprzedaż przez media społecznościowe. Osoby tworzące treści gromadzą obserwujących na YouTubie lub TikToku. Problem pojawia się wtedy, kiedy platforma przestaje być jednym z kanałów komunikacji, a staje się jedynym miejscem, w którym istniejemy w sieci. Bo wtedy jesteśmy trochę jak najemca, który przez kilkanaście lat urządza cudze mieszkanie. Może włożyć w nie mnóstwo pracy. Może znać każdy jego kąt. Może nawet zacząć myśleć o nim jak o własnym..., ale ono wciąż nie jest jego.

Platforma może zmienić regulamin, może zmienić algorytm i ograniczyć zasięg publikowanych treści, może zawiesić konto. Czasami słusznie, czasami wskutek błędu, czasami dlatego, że automatyczny system wykrył coś, co uznał za naruszenie zasad. Możemy się odwoływać, ale to nie my określamy reguły gry. Dopiero wtedy zaczynamy rozumieć różnicę między korzystaniem z cudzego miejsca w Internecie a posiadaniem własnego adresu.

I tu pojawia się domena.

Jeden adres, wiele możliwości

Domena internetowa wydaje się zaledwie krótkim adresem składającym się z kilku lub kilkunastu znaków zakończonych kropką i rozszerzeniem. Trudno przypuszczać, że może mieć wiele wspólnego z cyfrową niezależnością. A jednak ma. Mogę zmienić firmę, w której utrzymuję swoją stronę internetową, a mój adres pozostanie ten sam. Mogę przenieść pocztę do innego dostawcy, a adres e-mail we własnej domenie nadal pozostanie niezmieniony. Mogę zmienić rejestratora, mogę przebudować stronę, zmienić sklep, dostawcę usług czy sposób komunikowania się z odbiorcami. Domena zostaje. Co więcej, sama mogę zdecydować, dokąd prowadzi. Dziś kieruje do sklepu internetowego, jutro do nowej strony, a jednocześnie jest fundamentem poczty elektronicznej. Może kierować użytkowników do innych usług, które wybiorę.

Facebook tego nie potrafi. Jeśli stracę konto na Facebooku, adres mojego profilu traci dla mnie znaczenie. Jeśli natomiast zrezygnuję z jednego dostawcy hostingu czy usług związanych z moją domeną, nie muszę rezygnować z adresu, który przez lata poznali moi klienci, czytelnicy albo partnerzy. I chyba właśnie tutaj najlepiej widać różnicę.

Platforma daje nam miejsce. Domena daje nam adres.

Dlaczego .pl?

Pozostaje jednak pytanie, dlaczego miałaby to być akurat domena .pl? Oczywiście nie zawsze musi. Internet jest powszechny, a wybór rozszerzeń domen ogromny. Są domeny globalne, branżowe, regionalne i narodowe.

Jednak w przypadku działalności skierowanej przede wszystkim do polskich użytkowników domeny .pl ma kilka cech, które mają duże znaczenie. Przede wszystkim jest polską domeną krajową – ccTLD, czyli country code Top-Level Domain. NASK prowadzi Rejestr domeny .pl. Nie jest to więc wyłącznie kwestia dwóch liter znajdujących się po kropce. Za domeną stoi konkretna infrastruktura, procedury i system zarządzania. NASK już w 2004 roku, jako pierwszy rejestr domen na świecie, wdrożył system zarządzania jakością zgodny z ISO 9001. Później do jakości dołączyło bezpieczeństwo – certyfikacja ISO/IEC 27001 obejmuje dziś wprost obsługę Rejestru domeny .pl. Bo w Internecie jedno bez drugiego właściwie nie ma sensu: ma działać dobrze, ale przede wszystkim bezpiecznie.

Można zmienić zdanie. I rejestratora

Jest jeszcze jedna rzecz, która w kontekście historii z Facebookiem wydaje mi się szczególnie interesująca. Domena .pl nie przywiązuje abonenta na zawsze do jednej firmy świadczącej mu usługę. Obsługę domeny można przenieść do innego rejestratora. Zmienia się podmiot, z którego usług korzystamy, ale sama nazwa domeny pozostaje ta sama. To pozornie techniczny szczegół, ale dobrze pokazuje różnicę między domeną a kontem na platformie. Jeśli nie odpowiada mi firma hostingowa, mogę ją zmienić. Jeśli chcę korzystać z usług innego rejestratora, mogę dokonać transferu. Jeśli chcę przenieść pocztę, mogę to zrobić. Nie muszę przy okazji informować wszystkich: „od jutra mam nowy adres”. Ta możliwość wyboru jest jednym z elementów cyfrowej niezależności, o której rzadko myślimy, dopóki jej nie stracimy.

Własny adres też trzeba chronić

Oczywiście własna domena nie rozwiązuje wszystkich problemów. Można zapomnieć o jej odnowieniu, może dojść do awarii hostingu, można źle skonfigurować usługę. Próby przejęcia domen czy podszywania się pod istniejące serwisy również są realnym zagrożeniem. Własny adres oznacza więc nie tylko większą kontrolę. Oznacza także odpowiedzialność.

Dlatego znaczenie ma infrastruktura znajdująca się za domeną. W przypadku .pl jednym z dostępnych zabezpieczeń jest DNSSEC, pozwalający chronić integralność odpowiedzi DNS. Innym jest .pl Registry Lock, który może zabezpieczać domenę przed określonymi nieautoryzowanymi zmianami. Nie oznacza to, że domena .pl jest „niezawodna” w sensie, w jakim niezawodna może być maszyna. Internet składa się ze zbyt wielu współzależnych elementów, żeby uczciwie coś takiego obiecywać. Można natomiast powiedzieć coś innego. Domena pozwala zbudować stały punkt cyfrowej obecności, który nie jest uzależniony od istnienia jednego profilu w mediach społecznościowych. I to jest chyba znacznie ważniejsze.

Nie wyprowadzajmy się z Facebooka

Nie zamierzam namawiać nikogo do zamykania konta na Facebooku, Instagramie, LinkedInie czy TikToku. Sama z nich korzystam. Platformy społecznościowe dają coś, czego własna strona internetowa często nie daje – dostęp do ludzi, którzy już tam są. Nie chodzi więc o wybór: domena albo media społecznościowe.

Chodzi o proporcje.

Facebook może być miejscem, w którym rozmawiamy z odbiorcami, Instagram miejscem, w którym pokazujemy produkty, LinkedIn miejscem kontaktów zawodowych, a TikTok miejscem, w którym docieramy do kolejnej grupy użytkowników. Ale dobrze, jeśli wszystkie te drogi prowadzą również do miejsca, którego adres pozostaje nasz.

Historia człowieka, który po 18 latach nagle stracił dostęp do swojego konta, jest oczywiście historią jednostkową. Nie oznacza, że jutro wszyscy stracimy swoje profile. Pokazuje jednak coś, o czym łatwo zapomnieć. W Internecie bardzo szybko przyzwyczajamy się do cudzej przestrzeni - urządzamy ją, znosimy do niej zdjęcia, zapraszamy ludzi, budujemy relacje. Czasami budujemy tam nawet całe firmy. I po pewnym czasie zapominamy, że miejsce nie jest nasze.

Dlatego własna domena nie musi zastępować żadnej z tych platform. Powinna raczej być punktem, do którego zawsze można wrócić. Bo w Internecie, podobnie jak w życiu, dobrze mieć własny adres.